Kreciki

Byle nie trening

Wysiadłem z pociągu, piękny przystanek. Nie chciało się jechać stamtąd dalej, zrobiłem mu małą sesję zdjęciową, dojadłem to co miałem na podróż… no ale trzeba ruszyć. Sól-Kiczora albo Kiczera… jakoś tak.

Ruszam na zachód, Las Haszuba – piękne miejsce, kolejne zdjęcia, fajna okolica, niestety błąd nawigacyjny i ląduję w miejscu oddzielonym od pierwszego małego celu – trójstyku – o jeden bardzo duży i mocny podjazd. Odpuszczam, szkoda mi sił, które będą mi jeszcze dziś potrzebne, odbijam na północ, super drogi w ładnym stanie, jadę przez pogranicze Istebnej i Koniakowa w stronę Stecówki. Droga po idealnym asfalcie, aż żałuję że nie mam opon dobitych do maksa, ale to by się później zemściło. Jednak podjazdy piękne, kaseta szosowa wymaga też jazdy na stojąco ale jest fajnie. Nie mam dużego obciążenia.

Stecówka, zjazd i podjazd, a potem podprowadzenie po ostrych kamieniach do schroniska pod Baranią Górą. Tam żurek i pierwsza zła decyzja dnia. Chcę jechać na Salmopol drogą pożarową. Otwarta dla rowerów od tej wiosny… ale nie dla gravela, to droga dla MTB na szerokim kapciu. Mogę uciec od tego od razu, mogę uciec jeszcze w paru miejscach… odbijam za późno. Ręce już mają dość, muszę robić przerwy na zjeździe, a ląduję na koniec tam gdzie bym był gdybym odpuścił od razu przy schronisku. Mój duży błąd. Tracę kilka godzin dnia.

Zjazd przez Wisłę, Tam na rynku mijam organizatorów przygotowujących się na jutrzejszy maraton MTB, ale jadę dalej … Ustroń, nie zwracam uwagi na znaki i jadę obwodnicą, zmęczenie robi swoje, fajne tempo bo trzymam ciągle 30+ ale obwodnica jest stresująca, a po krótkim popasie na przelanie wody między bidonami okazuje się, że nad samą wisłą jest super wygodna droga rowerowa. Miejscami (w Skoczowie) idiotyczna, ale fajna i tak.

Zaczyna robić się późno więc szukam lasu gdzie mógłbym rozwiesić hamak. Pusto w okolicy, więc odbijam od rzeki i w końcu znajduję dobrą drogę. Asfalt, potem sklep i miejsce nad jeziorem Goczałkowickim.

Dzień drugi – gorszy

To był piękny poranek, jeden z moich ulubionych jakie miałem. Widok na jezioro o wschodzie słońca, hamak… Idealnie. Po długim czasie bumelanctwa wstaję, jem to co zostało i ogarniam się by ruszyć. Rower przygotowany w moment, w końcu nie mam dużo rzeczy, nocleg składa się, aż z trzech przedmiotów i to nie wymagających precyzji w składaniu. Ideał. Przymocować wszystko do roweru i można ruszyć.

Pierwsze kilometry tragiczne, płyty betonowe, ale potem dojazd do tamy zalewu Goczałkowickiego to już równy asfalt i … po najlepszym poranku czas na tragiczny dzień.

Rowerowy raj?

Najpierw Pszczyna, Czarków, chwila przez las do Kobioru. Fajnie i jeszcze w miarę. Potem robi się coraz gorzej. Temperatura rośnie. Kierunek Wyry i tu mały mindfuck – odległość między przystankiem kolejowym, a samą miejscowością Wyry jest liczona w dniach marszu. Serio, dystans olbrzymi. Ale potem Mikołów.

Postój na kawę i loda – polecam Malowana Kawa przy rynku, potem jeszcze zdjęcia na rynku i w drogę. Tu jest chwila której nie pamiętam. Muszę sprawdzić na śladzie GPS trasę bo nie mam pojęcia jak wyjechałem z Mikołowa. Pomroczność jasna czy coś takiego.

Objeżdżam DK81 od wschodu, fajna górka na osiedlu, miły podjazd by stanąć w korbach i potem na zachodnią stronę drogi i jedziemy dalej idealnie na północ… szlakiem rowerowym.

To jest coś co muszę sprawdzić – sieć szlaków rowerowych w województwie śląskim. Jest ich po prostu od groma… ten wychodzi przy fajnym stawie gdzie kąpie się mnóstwo ludzi, temperatura sięga jakichś absurdalnych poziomów… ale jedziemy dalej.

Kochłowice i przecięcie A4, a dalej warto byłoby wsiąść w KŚ i wysiąść na drugim końcu. Jazda przez miasto była idiotyczna… ciągle góra dół, światła, remonty, zakazy i Zgoda, Chorzów, kawalątek Katowic, Bytom, Piekary Śląskie, Świerklaniec… tu ostatni miejski popas u miłej Pani w ostatnim sklepie przy drodze i w normalny dzień zacząłbym się znów rozkoszować jazdą, super widoki i ładne drogi… ale fakt że temperatura była masakryczna, a do tego ciągle paliło w plecy słońce… to była walka o dotarcie do Częstochowy. Zwłaszcza, że nawigacja próbowała mi sugerować idiotyczne nadkładanie drogi bądź jazdę niewybudowanymi jeszcze drogami technicznymi wzdłuż budowanej Autostradowej Obwodnicy Częstochowy / A1.

Wjazd do Częstochowy… nagle znów kończy się dobry asfalt, zaczynają dziury, ale ok mam dwa kroki na nocleg. Kilka skrętów i chce mi się płakać. Mam idealny finisz… 500m w poziomie i ok 35 w pionie wg gmaps. Ścianka na koniec. Bosko… ale trudno. Najlżejsze przełożenie i mielimy. Dość.

Teraz tylko wytłumaczyć na kempingu, że hamak + tarp to taki jakby namiot Proszę Pani… tak, będzie dobrze, nie nie zmoknę jeśli będzie padać… Tak jestem pewny, tak to tylko jedna noc… dziękuję

I można spokojnie napić się piwa… słuchając na żywo Krzyśka Zalewskiego bo akurat jest jakiś koncert plenerowy w mieście i wszystko słychać idealnie. Dobranoc

Dzień trzeci – ostatni

Nie jestem w stanie go chyba opisać… niedziela, połączona ze świętem, upał co niemiara, brak wody, temperatura plus milijon… no tak w skrócie. Więc kilka zdjęć i znów prawie setka, ale tym razem na pociąg do Kamieńska, przez punkt widokowy w Kleszczowie.

Next Post

Previous Post

© 2019 Kreciki

Theme by Anders Norén